315rozdzialy * Formacja | Sanktuarium Miłosierdzia Bożego - Myślibórz
XX Niedziela okresu zwykłego | Wspomnienie dowolne Św. Jana Eudesa
"Widziałam klasztor tego nowego zgromadzenia. Obszerne i wielkie pomieszczenie, zwiedzałam każdą rzecz po kolei, widziałam, że wszędzie Opatrzność Boża dostarczyła tego, co było potrzeba" (Dz. 1154) »
miłosierdzie snakturarium św Faustyna

Formacja

Formacja 25 lutego 2015 wyświetleń: 1898

Św. s. Faustyna Kowalska

  1. Życie św. s. Faustyny

 Kim była s. Maria Faustyna Kowalska, siostra zakonna, która pojawia się wszędzie tam, gdzie dochodzi orędzie o Bogu miłosiernym.

Była trzecim  dzieckiem. Marianny i Stanisława Kowalskich. Urodziła się 25 VIII 1905r. we wsi Głogowiec, jako trzecie dziecko z kolei. Na chrzcie świętym, w drugim dniu po narodzinach dano jej na imię Helena. Matka, mówiła że Helena otworzyła jej łono, gdyż wszystkie porody po niej, a było ich jeszcze siedem, mniej ją kosztowały cierpienia niż pierwsze dwa. Rodzina była bardzo uboga i doświadczała wielu braków, co sprawiło też, że Helenka już od dzieciństwa znała smak cierpienia, niedostatku, ofiary, a pewnie także i upokorzenia. Pomimo tych braków w domu Kowalskich pielęgnowane były wszelkie wartości związane z wiarą i życiem moralnym. Helena uczyła się tylko trzy lata, a ściślej mówiąc trzy zimy, gdyż w innym okresie roku musiała pracować..

Od najmłodszych lat Helena doświadczała szczególnego działania Boga. Opowiadała czasem rodzicom i rodzeństwu, że śniła się jaj Maryja. Zdarzało się też, że widziała jasność, światło, również w nocy, budziła się wtedy i modliła. Otoczenie Heleny nie znało takiego rodzaju doświadczeń duchowych, dlatego też czuła się niezrozumiana w domu rodzinnym i ze swoimi przeżyciami zostawała sama. 

   Helenka już od siódmego roku życia czuła powołanie do szczególnej służby Bożej. To powołanie rosło razem z nią. Od dzieciństwa też pragnęła zostać świętą. W swoim Dzienniczku napisała: „Od najmłodszych lat pragnęłam zostać wielką świętą” (Dz. 1372). Zanim jednak dane je było zrealizować swoje pragnienie wstąpienia do klasztoru miała jeszcze wiele doświadczyć w życiu świeckim. Rodzice Heleny byli ludźmi biednymi, Stanisław posiadał trzy hektary ziemi, a do utrzymania ośmioro dzieci. Gdy tylko córki dorastały musiały iść na służbę. Helena poszła służyć mając szesnaście lat. Już wcześniej chciała iść, rozumiejąc potrzeby rodziny. W 1921r. wyjechała więc do Aleksandrowa blisko Łodzi, na służbę. Do obowiązków służącej należało: sprzątanie, pomoc przy przygotowywaniu posiłków i podanie ich piekarzom. W Aleksandrowie miało też miejsce pewne szczególne wydarzenie. Wspominają o nim krewni Heleny. Pewnego dnia zobaczyła ona na podwórku światło. Przeraziła się tak bardzo, że zaczęła krzyczeć myśląc, że wybuchł pożar. Gdy wszyscy wybiegli na podwórko, nic nie zobaczyli. Należy sądzić, że Helena miała wtedy jakieś szczególne doświadczenie duchowe, a owe światło pochodziło z nieba. O swoim doświadczeniu nie opowiadała, być może wiedziała, że nikt jej nie zrozumie. Po roku służby powróciła do domu. Prosiła wtedy rodziców o wstąpienie do zakonu. Zapewne wszystkie te doświadczenia jeszcze mocniej spotęgowały w niej pragnienie poświęcenia się na służbę Jezusowi. Rodzice jednak nie wyrazili zgody. Nie mieli oni wystarczających środków na posag dla córki, którego w tamtych czasach wymagały zgromadzenia zakonne. Ponadto, pomimo, że byli pobożni, chcieli zachować Helenkę przy sobie. Matka Marianna, pytana dlaczego była nieprzychylna pragnieniom swojej córki, powiedziała, iż była ona najlepszym z jej dzieci, najposłuszniejsza, pracowita i dobra. Rodzice nie chcieli zatem by odchodziła do klasztoru. Nie mogąc zrealizować swego pragnienia, Helena znów poszła na służbę, było to w latach 1922-24, przebywała wtedy w Łodzi.

W czasie pobytu w Łodzi Helena ciągle myślała o wstąpieniu do klasztoru. Prosiła też rodziców o pozwolenie, nie wiadomo ile razu do nich pisała. Wiemy natomiast, że zawsze odpowiedź była odmowna. Już jako siostra zakonna tak pisała w Dzienniczku o tym okresie: „Osiemnasty rok życia, usilna prośba rodziców o pozwolenie wstąpienia do klasztoru; stanowcza odmowa rodziców. Od tej chwili oddałam się próżności życia, nie zwracając żadnej uwagi na głos łaski, chociaż w niczym zadowolenia nie znajdowała dusza moja. Nieustanne wołanie łaski było dla mnie udręką wielką, jednak starałam się ją zagłuszyć rozrywkami. Unikałam wewnętrznie Boga a całą duszą skłaniałam się do stworzeń. Jednak łaska Boża zwyciężyła w duszy” (Dz. 8). Zmianę decyzji spowodowało wydarzenie, które po latach opisała w Dzienniczku. Było to w czerwcu 1924r. Helena  namówiona przez siostrę poszła na zabawę do parku Wenecja. Znów oddajmy głos samej Helenie, która opisał po latach to wydarzenie w swoim Dzienniczku. Napisała: „W pewnej chwili byłam z jedną ze swoich sióstr na balu. Kiedy się wszyscy najlepiej bawili, dusz moja doznawała wewnętrznych udręczeń. W chwili kiedy zaczęłam tańczyć nagle ujrzałam Jezusa obok. Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego całego ranami, który mi powiedział te słowa: „Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz? W tej chwili umilkła wdzięczna muzyka, znikło sprzed oczu moich towarzystwo, w którym się znajdowałam, pozostał Jezus i ja. Usiadłam obok swej drogiej siostry, pozorując to co zaszło w duszy mojej, bólem głowy. Po chwili opuściłam potajemnie siostrę, udałam się o katedry Św. Stanisława Kostki. Godzina już zaczęła szarzeć; ludzi było mało w katedrze; nie zwracając uwagi na nic, co się wokoło dzieje, padłam krzyżem przed Najświętszym Sakramentem i prosiłam Pana, aby mi raczył dać poznać co mam czynić dalej” (Dz. 9).

Wydarzenie to było decydujące w powołaniu Heleny. Jezus dał jej poznać co ma czynić.

(Na podstawie m.in. książki „Siostra Faustyna. Biografia świętej” Ewy Czaczkowskiej).

 

  1. Życie św. s. Faustyny

 Na poprzednim spotkaniu, mówiąc o życiu św. s. Faustyny  skończyliśmy na opisie wyjątkowego powołaniu Heleny, gdy podczas zabawy w parku Wenecja w Łodzi, ukazał się jej Jezus i przypomniał, że Jego wolą jest, by dziewczyna wstąpiła do klasztoru. Helena poszła wtedy do katedry i modliła się prosząc o rozeznanie, co ma dalej zrobić. W czasie modlitwy usłyszała następujące słowa: „Jedź natychmiast do Warszawy, tam wstąpisz do klasztoru” (Dz. 9). Tak też uczyniła. W Dzienniczku opisała to wydarzenie w następujący sposób. „Wstałam od modlitwy i poszłam do domu, i załatwiłam rzeczy konieczne. Jak mogłam, zwierzyłam się siostrze z tego, co zaszło w duszy, i kazałam pożegnać rodziców” (Dz. 10). Z relacji wuja Michała Rapackiego, którego Helena poszła pożegnać przed wyjazdem do Warszawy wynika, że dziewczyna była roztrzęsiona i zapłakana, gdy wyjeżdżała z Łodzi. Helena miała wtedy dziewiętnaście lat, uciekała od rodziny, jechała w nieznane, jej zachowanie jest zupełnie zrozumiałe.

Gdy przyjechała do Warszawy nie wiedziała co ma dalej zrobić. Zwróciła się o pomoc do Maryi. W Dzienniczku czytamy taki zapis: „…rzekłam do Matki Bożej: Maryjo. Prowadź mnie, kieruj mną. – Natychmiast usłyszałam w duszy te słowa: ażebym wyjechała poza miasto, do pewnej wioski, tam znajdę nocleg bezpieczny, co też uczyniłam i zastałam jak mi Matka Boża powiedziała” (Dz. 11). Nie wiadomo gdzie dokładnie nocowała. Wiemy natomiast, z relacji z Dzienniczka, że następnego dnia rano Helena wróciła do Warszawy, napisała: „Na drugi dzień raniusieńko przyjechałam do miasta i weszłam do pierwszego kościoła, jaki spotkałam i zaczęłam się modlić o wolę Bożą. Msze święte wychodziły jedna po drugiej. Podczas jednej Mszy świętej usłyszałam te słowa: Idź do tego kapłana i powiedz mu wszystko. A on ci powie co masz dalej czynić. Po skończonej Mszy świętej poszłam do zakrystii i opowiedziałam wszystko, co zaszło w duszy mojej, i prosiłam o wskazówki, gdzie wstąpić, do jakiego klasztoru” (Dz. 12). Ksiądz Jakub Dąbrowski, bo o nim pisała Helena, nie wskazał jej klasztoru, ale dał adres do pani Aldony Lipszycowej, u której miała się na razie zatrzymać. Państwo Samuel i Aldona Lipszycowie mieszkali w Ostrówku. Samuel był urzędnikiem państwowym, a jego żona prowadziła dom. Helena przybyła tam w lipcu 1924r. Jej zadaniem była pomoc w domu i opieka nad dziećmi, których państwo Lipszycowie mieli wówczas pięcioro. W czasie pobytu u Lipszyców Helena szukała klasztoru, do którego mogłaby być przyjęta. W Dzienniczku napisała: „W tym czasie [to znaczy w czasie przebywania u Lipszyców] szukałam klasztoru, jednak gdzie zapukałam do klasztoru wszędzie mi odmawiano. Ból ścisnął mi serce i rzekłam do Pana Jezusa: dopomóż mi nie zostawiaj mnie samej. Aż wreszcie zapukałam do naszej furty” (Dz. 13). Do jakich zgromadzeń pukała, możemy się tylko domyślać, być może do sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, których dom sąsiadował z domem magdalenek. W końcu jednak Helena zapukała do domu generalnego Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Wyszła do niej przełożona, matka Michaela Moraczewska. W Dzienniczku znajdujemy następujący opis tego wydarzenia: „Kiedy wyszła do mnie matka przełożona […], po krótkiej rozmowie każe mi iść do Pana domu i zapytać czy mnie przyjmie. Zrozumiałam zaraz, że mam się zapytać Pana Jezusa. Poszłam do kaplicy z wielką radością i zapytałam Pana Jezusa: Panie domu tego, czy mnie przyjmiesz? […]. I zaraz usłyszałam głos taki: Przyjmuję, jesteś w sercu moim” (Dz. 14). Kiedy wróciłam z kaplicy, matka przełożona najpierw zapytała: No, czy Pan przyjął cię? – odpowiedziałam, że tak. – jeżeli Pan przyjął to i ja przyjmuję” (Dz. 14). Takie był moje przyjęcie. Jednak dla wielu przyczyn musiałam jeszcze rok pozostać na świecie u tej pobożnej osoby, ale już nie wróciłam do domu” (Dz. 14-15). Helena po rozmowie z matką Michaelą musiała jeszcze zapracować na wyprawkę. Uzgodniła, że zarobione pieniądze będzie przynosiła przez jakiś czas do zgromadzenia. Została zatem u Lipszyców, aby zapracować na posag. Był to piękny czas w życiu Heleny. Pani Aldona bardzo ją ceniła i lubiła, tak samo dzieci, którymi się zajmowała. Przez cały ten czas trwała wiernie przy swoim postanowieniu, czekała chwili wstąpienia do klasztoru. Upragniony moment nastąpił 1 sierpnia 1925r. Wieczorem w wigilię święta Matki Bożej Anielskiej, Helena przekroczyła furtę klasztoru. Była niezmiernie szczęśliwa, napisała: „zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie” (Dz. 17). To był początek drogi życia zakonnego Heleny, początek formacji. Wiele doświadczeń miało ją jeszcze spotkać do czasu, gdy złożyła śluby wieczyste. O pierwszym taki doświadczeniu pisze w Dzienniczku, tuż po opisie o wstąpieniu. „Po trzech tygodniach spostrzegłam, że tu jest tak mało czasu na modlitwę i wiele innych rzeczy, które mi przemawiały do duszy żeby wstąpić do zakonu więcej ściślejszego. Myśl ta bardzo się utrwaliła w duszy mojej, ale jednak nie było w tym woli Bożej” (Dz. 18). Helena postanowiła pójść do przełożonej i oznajmić, że występuje ze zgromadzenia. Gdy wieczorem pełna niepokoju i wewnętrznego udręczenia modliła się do Boga o pomoc, dane jej było niezwykłe doświadczenie. Opisuje je w następujący sposób: „Po chwili jasno się zrobiło w mojej celi i ujrzałam na firance oblicze Pana Jezusa bolesne bardzo. Żywe rany na całym obliczu i duże łzy spadały na kapę mojego łóżka. Nie wiedząc co to wszystko ma znaczyć, zapytałam Jezusa: Jezu, kto Ci wyrządził taką boleść? – A Jezus odpowiedział, że: Ty mi wyrządzisz taką boleść, jeśli wystąpisz z tego Zakonu. Tu cię wezwałem, a nie gdzie indziej, i przygotowałem wiele łask dla ciebie” (Dz. 19). Po tym widzeniu Helena już nie miała wątpliwości. Przeszło okres formacji zwany postulatem. Jej głównym obowiązkiem była wtedy pomoc w kuchni. Następnym etapem życia zakonnego był nowicjat. Spędziła go w Łagiewnikach. Dzień wejścia do nowicjatu był bardzo uroczysty. Postulantki otrzymywały habity i przybierały nowe imię. Ten dzień był dla Heleny szczególny. Nie tylko ze względu na wejście do nowicjatu, po latach tak napisał w Dzienniczku: „W chwili obłóczyn Bóg dał mi poznać, jak wiele cierpieć będę. Widziałam jasno do czego się zobowiązuję. Była to jedna minuta tego cierpienia. Bóg znowu duszę moja zalał pociechami wielkimi” (Dz. 22). Nowicjat trwał dwa lata, był to czas wdrażania się w życie zakonne. Każdy dzień życia w nowicjacie wypełniony był modlitwą, słuchaniem konferencji i pracą. Zajęciem Faustyny była praca w kuchni, gdzie wspólnie z innymi siostrami gotowała dla ok. stu sześćdziesięciu wychowanek. Po dwóch latach s. Faustyna wraz z czterema innymi siostrami złożyła pierwsze śluby zakonne. Było to 30 kwietnia 1928r. śluby czasowe ponawiała jeszcze cztery razy. 1 maja 1933r. złożyła profesję wieczystą. Lata te były obfite we wszelkie łaski i doświadczenia duchowe.

(Na podstawie m.in. książki „Siostra Faustyna. Biografia świętej” Ewy Czaczkowskiej).

 

  1. Życie św. s. Faustyny

Na dzisiejszym spotkaniu przyjrzymy się, jak przebiegały lata życia zakonnego s. Faustyny. Przebywała na wielu placówkach zakonnych, m. in: w Warszawie, Wilnie, Kiekrzu, Płocku. Zajmowała się tam np. ogrodem, kuchnią. W listopadzie 1932r. wyjechała do Warszawy, by się przygotować do ślubów wieczystych. Po rekolekcjach odbytych w Krakowie, 1 maja 1933r. s. Faustyna złożyła śluby wieczyste.

Juniorat, czyli czas od pierwszych ślubów do wieczystych, choć wydawał się życiem szarym i monotonnym, był bardzo obfity w wydarzenia. Na zewnątrz życie s. Faustyny zdawało się być bardzo zwyczajne, wypełnione modlitwą i pracą. Wykonywała obowiązki najprostsze: pracowała w kuchni, w ogrodzie, na furcie, w piekarni. Z różnych wspomnień sióstr które z nią mieszkały i pracowały wynika, że było osobą bardzo rozmodloną, widać w niej było jakieś szczególnie bogate życie wewnętrzne. Siostry mówiły, że Faustyna czasem odchodziła od zajęć, by pójść na chwilę do kaplicy, do Jezusa. Swoje obowiązki wykonywała starannie, a miała ich bardzo dużo. Pracowała z myślą, że wszystko czyni dla swojego Mistrza. Juniorat był również czasem, rozmaitych doświadczeń duchowych. To wtedy Jezus ukazywała się siostrze, przekazywał jej swoje pragnienia, całe orędzie miłosierdzia. Szerzej o tym orędziu będzie mowa w kolejnych audycjach. Wszystkie wizje, duchowe doświadczenia, łaski jakimi ją Chrystus obdarzył były powodem wielkiego szczęścia Faustyny. Były one również okupione cierpieniem wewnętrznym, niezrozumieniem ze strony sióstr, różnymi przeszkodami zewnętrznymi. Siostra miała również duże problemy zdrowotnie. Wszystko to stanowiło nieustanną ofiarę jaką składała Bogu. Pewnego dnia tak pisała o swoim życiu: „O życie szare i monotonne, ile w tobie skarbów. Żadna godzina nie jest podobna do siebie, a więc szarzyzna i monotonia znikają, kiedy patrzę na wszystko okiem wiary. Łaska, która jest dla mnie w tej godzinie, nie powtórzy się w godzinie drugiej. Będzie mi dana w godzinie drugiej, ale już nie ta sama. Czas przechodzi, a nigdy nie wraca. Co w sobie zawiera nie zmieni się nigdy; pieczętuje pieczęcią na wieki” (Dz. 62)

Jednym z najważniejszych momentów jej życia były śluby wieczyste. Wiedziała już wtedy bardzo dobrze na czym polega życie zakonne i jakiej ofiary żąda od niej Bóg, jakie stawia przed nią zadania. Wiedziała też, że nie zostanie sama, Jezus zawsze będzie blisko. Znakiem ślubów wieczystych była obrączka, jaką biskup wkładał na palec profeski składającej śluby. S. Faustyna opisała w swoim Dzienniczku, w jaki sposób przeżyła ten dzień. Napisała: „Jezu, Serce Twoje jest od dziś moją własnością, a moje serce jest Twoją wyłączna własnością. Samo wspomnienie, Jezu, Twojego imienia, jest rozkoszą mojego serca. Naprawdę ani chwili nie umiałabym żyć bez Ciebie, Jezu. Dziś utonęła dusza moje w Tobie, jako w jedynym skarbie swoim. Miłość moje nie zna przeszkód w dawaniu dowodów Umiłowanemu swemu. Słowa Pana Jezusa w czasie ślubów wieczystych: Oblubienico moja, na wieki są złączone serca nasze. Pamiętaj komuś ślubowała…” ( Dz. 239).

Po ślubach wieczystych s. Faustyna wyjechała do Wilna, tam pracowała w ogrodzie. W Wilnie Bóg obdarował ją wieloma łaskami, spotkała spowiednika, ks. Michała Sopoćkę, który pomógł jej realizować polecenia Jezusa. W marcu 1936 r. s. Faustyna znów zmieniła placówkę, tym razem trafiła do Derd. Ponieważ w tym czasie była już bardzo chora, nie miała wielu zajęć, pomagała w kuchni. W Derdach była krótko, już w maju wyjechała do Krakowa. Pracowała tu w ogrodzie, nie to jednak był najważniejsze. S. Faustyna myślała wtedy o dziełach i poleceniach Jezusa związanych z kultem Bożego miłosierdzia i starała się, na ile mogła wypełniać te pragnienie. Pogarszał się też stan jej zdrowia, musiała wyjeżdżać do szpitala a także do sanatorium w Rabce. Stan zdrowia jednak nie poprawiał się. Podczas pobytu w Rabce Faustyna napisała takie słowa: „O Jezus, w tych dniach cierpień nie jestem zdolna do jakiejkolwiek modlitwy. Uciśnienie ciała i duszy jest spotęgowane. O mój Jezu, przecież Ty widzisz, że dziecię Twoje jest w niemocy. Nie silę się więc, ale raczej wolę swoją poddaję woli Jezusa” (Dz. 1204).

 Siostra była bardzo zaangażowana w sprawę orędzia Bożego miłosierdzia, żądania Jezusa nie były do końca spełnione pomimo jej wysiłków i wysiłków ks. Sopoćko. Wiele było jeszcze do zrobienia. Faustyna była świadoma, że jest chora i wszystko musi zostawić, oddać w ręce Jezusa Miłosiernego, tak też uczyniła. 5. października 1938r. Jezus zabrał ją do siebie. Miała wówczas 33 lata.

Jedna z sióstr opisując odejście s. Faustyny do Boga, przedstawiła to w następujący sposób: „to było jakoś koło jedenastej w nocy. Gdy przyszłyśmy tam, s. Faustyna jakby lekko otworzyła oczy i trochę się uśmiechnęła, a potem skłoniła głowę i już”.

S. Faustyna żyła tylko 33 lata, niewiele, a jednak w tym spokojnym i prostym życiu tyle się wydarzyło. Dzisiaj znana jest na całym świecie. Przez nią Bóg przekazał ludziom orędzie swego miłosierdzia, które jest szczególnym darem na obecne czasy. Siostra Faustyna przewidywała, że jej misja nie kończy się wraz ze śmiercią. Napisała takie słowa: „Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie”. Tak też się stało, orędzie przez nią przekazane ciągle się rozwija i rośnie. Ona z pewnością ciągle ma w nim swój udział. 

(Na podstawie m.in. książki „Siostra Faustyna. Biografia świętej” Ewy Czaczkowskiej).

aktualizowano: 2015-02-25

Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego

Boh. Warszawy 77, 74-300 Myślibórz,
tel. +48.957473450
2018 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Wsparcie sanktuarium

PKO BP Myslibórz: 23 1020 1954 0000 7102 0056 2538

Wpłaty z zagranicy:
PKO BP Myślibórz 23 1020 1954 0000 7102 0056 2538
SWIFT: BPKO PL PW IBAN: 73 10201954 12024017013

Koła koronkowe

projektowanie, design, stron www szczecin, design,branding, projektowanie logo, aplikacje mobilne